- Wpisów: 30
- Średnio co: 25 dni
- Ostatni wpis: 1 rok temu, 15:04
- Licznik odwiedzin: 4 389 / 795 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
Zatrzymaliśmy się pod Bordeaux. Było lekko po godzinie piętnastej, a 37* Celsjusza na termometrze.
Marzył mi się zimny prysznic a potem jakieś dobre żarcie i zimny drink.
Łukasz znalazł jakiś cień i fotografował jakieś uschłe ślimaki..., a ja poszedłem na tej wielkiej stacji znaleźć prysznic.
kolejka... kilku spoconych facetów, oczywiście zero pośpiechu (bo jak tu się w takim skwarze śpieszyć)
z nudów zagadałem do jednego z współtowarzyszy upalnej niedoli.
Zaczęło się kurtuazyjnie-O pogodzie. skomentowaliśmy kilka półnagich lasek, które nie zwracały uwagi na otaczających je ludzi i z gorąca się ostentacyjnie porozbierały. szybko zaczęliśmy skakać po tematach.
Objechaliśmy też francuzów których chyba obaj nie darzyliśmy sympatią... w końcu zapytał co tu robię i zacząłem opowiadać o naszym tripie.
Gadaliśmy tak z dobre 10 minut.
(oczywiście w języku Królowej Elżbiety)
w końcu zapytał:
-"sorry... where are you from"
- from Poland
- no nie pierdol?!- odpowiedział mój rozmówca.
Śmialiśmy się dobre parę minut z siebie.
Kamil, okazał się (a jakże!) polskim tirowcem, który zatrzymał się tylko na prysznic i musiał jechać dalej. Namawiał mnie przez chwilę żebyśmy z nim jechali, ale postanowiliśmy już wcześniej że zostajemy tu na noc bo chcemy się trochę wyluzować, odpocząć, coś wypić...
Prysznic uratował mi życie!
gdy wypluskał się też Łukasz, postanowiliśmy ruszyć na jakieś zakupy, bo w oddali majaczyło nam jakieś miasteczko.
Okolica była jak z bajki. Skąpane w słońcu pola winnych krzewów, pożółkła od słońca trawa... już "pachniało" Hiszpanią!
Fajnie było tylko pierwsze kilka kroków...
po 5 minutach moje ciało zapomniało o prysznicu...
ŻAR! ŻAR! ŻAR! Na plecach cięższe niż zwykle plecaki! ŻAR! ŻAR! ŻAR!
(ledwo, ale) doszliśmy do miasteczka w którym chcieliśmy znaleźć klimatyzowany sklep-znaleźliśmy Inter Marche
spędziliśmy tam dobre pół godziny. Większość czasu w dziale z winami.
Były tańsze niż woda, niż bułka, niż cokolwiek!
obładowani jak dromadery ruszyliśmy w stronę naszej stacji.
Nie wiem ile szliśmy ale pamiętam tylko tan niemiłosierny żar i perspektywę bliskiej degustacji wyrobów z miejscowych winiarni...
Marzył mi się zimny prysznic a potem jakieś dobre żarcie i zimny drink.
Łukasz znalazł jakiś cień i fotografował jakieś uschłe ślimaki..., a ja poszedłem na tej wielkiej stacji znaleźć prysznic.
kolejka... kilku spoconych facetów, oczywiście zero pośpiechu (bo jak tu się w takim skwarze śpieszyć)
z nudów zagadałem do jednego z współtowarzyszy upalnej niedoli.
Zaczęło się kurtuazyjnie-O pogodzie. skomentowaliśmy kilka półnagich lasek, które nie zwracały uwagi na otaczających je ludzi i z gorąca się ostentacyjnie porozbierały. szybko zaczęliśmy skakać po tematach.
Objechaliśmy też francuzów których chyba obaj nie darzyliśmy sympatią... w końcu zapytał co tu robię i zacząłem opowiadać o naszym tripie.
Gadaliśmy tak z dobre 10 minut.
(oczywiście w języku Królowej Elżbiety)
w końcu zapytał:
-"sorry... where are you from"
- from Poland
- no nie pierdol?!- odpowiedział mój rozmówca.
Śmialiśmy się dobre parę minut z siebie.
Kamil, okazał się (a jakże!) polskim tirowcem, który zatrzymał się tylko na prysznic i musiał jechać dalej. Namawiał mnie przez chwilę żebyśmy z nim jechali, ale postanowiliśmy już wcześniej że zostajemy tu na noc bo chcemy się trochę wyluzować, odpocząć, coś wypić...
Prysznic uratował mi życie!
gdy wypluskał się też Łukasz, postanowiliśmy ruszyć na jakieś zakupy, bo w oddali majaczyło nam jakieś miasteczko.
Okolica była jak z bajki. Skąpane w słońcu pola winnych krzewów, pożółkła od słońca trawa... już "pachniało" Hiszpanią!
Fajnie było tylko pierwsze kilka kroków...
po 5 minutach moje ciało zapomniało o prysznicu...
ŻAR! ŻAR! ŻAR! Na plecach cięższe niż zwykle plecaki! ŻAR! ŻAR! ŻAR!
(ledwo, ale) doszliśmy do miasteczka w którym chcieliśmy znaleźć klimatyzowany sklep-znaleźliśmy Inter Marche
spędziliśmy tam dobre pół godziny. Większość czasu w dziale z winami.
Były tańsze niż woda, niż bułka, niż cokolwiek!
obładowani jak dromadery ruszyliśmy w stronę naszej stacji.
Nie wiem ile szliśmy ale pamiętam tylko tan niemiłosierny żar i perspektywę bliskiej degustacji wyrobów z miejscowych winiarni...
Podeszliśmy do najdziwniejszego człowieka na całym parkingu. Był upał, a on w chyba ślubnym garniturku siedział sobie na ławeczce i coś konsumował.
Gdy go zobaczyliśmy, spojrzeliśmy na siebie z Łukaszem i zgodnie stwierdziliśmy że to starszy brat Jasia Fasoli (jeszcze wtedy nie wiedziałem że za kilka dni poznam PRAWDZIWEGO Jasia Fasolę... ale o tym później)
Jechał samochodem idealnie pasującym do niego samego- stare audi, które niemiłosiernie rzęziło, ale ku naszemu zdziwieniu jechało.
Fasola był tak nieogarnięty że ciężko było wytrzymać, żeby nie zacząć się śmiać. Okazał się... Bułgarem!
Bułgarski Jaś Fasola nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć dokąd dokładnie jedzie. choć po angielsku komunikował się bardzo dobrze (aczkolwiek niechętnie).
Zabrał nas bez słowa, bez słowa tez nas wysadził.
W zasadzie jego osobę można scharakteryzować tym zdaniem- BEZ SŁOWA!
od razu szybko złapaliśmy drugi transport.
Z racji ze mieliśmy już dość dziwaków, pomyśleliśmy ze znów pora na przejażdżkę z elitą kierowców-jakimś polskim Tirowcem.
Zabrał nas pewien Jarek
Przykimałem po drodze więc nic, na temat trasy ani rozmów powiedzieć nie mogę.
Jarek zostawił nas na jednym z większych parkingów w europie. było tam wszystko co było nam do życia potrzebne...
Gdy go zobaczyliśmy, spojrzeliśmy na siebie z Łukaszem i zgodnie stwierdziliśmy że to starszy brat Jasia Fasoli (jeszcze wtedy nie wiedziałem że za kilka dni poznam PRAWDZIWEGO Jasia Fasolę... ale o tym później)
Jechał samochodem idealnie pasującym do niego samego- stare audi, które niemiłosiernie rzęziło, ale ku naszemu zdziwieniu jechało.
Fasola był tak nieogarnięty że ciężko było wytrzymać, żeby nie zacząć się śmiać. Okazał się... Bułgarem!
Bułgarski Jaś Fasola nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć dokąd dokładnie jedzie. choć po angielsku komunikował się bardzo dobrze (aczkolwiek niechętnie).
Zabrał nas bez słowa, bez słowa tez nas wysadził.
W zasadzie jego osobę można scharakteryzować tym zdaniem- BEZ SŁOWA!
od razu szybko złapaliśmy drugi transport.
Z racji ze mieliśmy już dość dziwaków, pomyśleliśmy ze znów pora na przejażdżkę z elitą kierowców-jakimś polskim Tirowcem.
Zabrał nas pewien Jarek
Przykimałem po drodze więc nic, na temat trasy ani rozmów powiedzieć nie mogę.
Jarek zostawił nas na jednym z większych parkingów w europie. było tam wszystko co było nam do życia potrzebne...
Łukasz z uśmiechem mówiącym "a nie mówiłem" powiedział:
-robimy śniadanie i teraz JA łapie stopa.
Zjazd z autostrady był odludziem, ale była perspektywa złapania kolejnej podwózki ponieważ był wjazdem na autostradę (no taka zatoczka-co ja wam będę tłumaczył)
Szybka akcja. Ja wyciągam żarło, Łukasz kuchenkę. Garnek z naszą (nazwijmy to) zupą stoi i czeka tylko na to żeby zaświecił się pod nim ogień.
-Daj zapalniczkę!
-... yyy Ty masz?!
(macanie kieszeni)
-nie Ty masz.
-ja? nie Ty!
-no mówię Ci że Ty!
zgodnym chórem powiedzieliśmy to co każdy polak powiedziałby w tej sytuacji.
(dwuczłonowy równoważnik zdania, w którym drugim słowem jest "MAĆ")
Ze złości kopnąłem w jakieś pudełko. przeleciało z dwa metry i... coś z niego wypadło.
Podchodzę, patrzę...
przecieram oczy...
ZAPALNICZKA!
sprawdzam...-PALI!

[nazwijcie to jak chcecie-Opatrzność, anioł stróż, fart, bóstwo opiekuńcze, przypadek- NIE obchodzi mnie to. Ważne że tam była]
Gdy zjedliśmy, zaczęliśmy łapać dalej.
Zatrzymał się francuz w starym busie. Był w pracy, lecz stwierdził ze bez problemu nas podrzuci na jakąś stację/parking na autostradzie.
Zostawił nas na tak zwanym leśnym parkingu.
(miejsce gdzie są ławki, miejsca parkingowe i sikalnia, którą czuć na odległość.
Było tam niewiele samochodów, więc znów trzeba było kombinować...
-robimy śniadanie i teraz JA łapie stopa.
Zjazd z autostrady był odludziem, ale była perspektywa złapania kolejnej podwózki ponieważ był wjazdem na autostradę (no taka zatoczka-co ja wam będę tłumaczył)
Szybka akcja. Ja wyciągam żarło, Łukasz kuchenkę. Garnek z naszą (nazwijmy to) zupą stoi i czeka tylko na to żeby zaświecił się pod nim ogień.
-Daj zapalniczkę!
-... yyy Ty masz?!
(macanie kieszeni)
-nie Ty masz.
-ja? nie Ty!
-no mówię Ci że Ty!
zgodnym chórem powiedzieliśmy to co każdy polak powiedziałby w tej sytuacji.
(dwuczłonowy równoważnik zdania, w którym drugim słowem jest "MAĆ")
Ze złości kopnąłem w jakieś pudełko. przeleciało z dwa metry i... coś z niego wypadło.
Podchodzę, patrzę...
przecieram oczy...
ZAPALNICZKA!
sprawdzam...-PALI!

[nazwijcie to jak chcecie-Opatrzność, anioł stróż, fart, bóstwo opiekuńcze, przypadek- NIE obchodzi mnie to. Ważne że tam była]
Gdy zjedliśmy, zaczęliśmy łapać dalej.
Zatrzymał się francuz w starym busie. Był w pracy, lecz stwierdził ze bez problemu nas podrzuci na jakąś stację/parking na autostradzie.
Zostawił nas na tak zwanym leśnym parkingu.
(miejsce gdzie są ławki, miejsca parkingowe i sikalnia, którą czuć na odległość.
Było tam niewiele samochodów, więc znów trzeba było kombinować...
-
gość:
z niecierpliwością czekam na kolejny wpis ;)
mam przed sobą ok 100km trase do przejechania z koleżanką, ale czytanie tych wpisów podnosi na duchu dla mało doświadczonych stopowiczów
-
chomiczy:
typowa akcja gdzie zycie zaskakuje bardziej niz smak niemieckich kielbasek :D
DOBRA! Snujemy opowieść dalej...
Rozbiliśmy namiot na zakrzaczonym pasie zieleni między autostradą a parkingiem. Co prawda przejeżdżające tiry powodowały ciary na plecach, bo gdyby te czterdzieści ton w nas wjechało nie byłoby co zbierać... ale jakoś nie-obudziliśmy się cali.
Poranna herbata i dalej w drogę z Andrzejem. Zostawił nas gdzieś w Rennes. Niefortunnie bo w centrum miasta.
Dopadła mnie pewna uporczywa myśl- "jak my się stąd kurfa wydostaniemy"
Przeszliśmy tylko przez pasy, i rozleniwieni długą podróżą stanęliśmy przy skraju ruchliwej ulicy i stwierdziliśmy że się nie ruszamy stąd, aż nas coś nie zabierze.
Złapanie stopa w dobrym kierunku w centrum jakiegokolwiek miasta jest nie lada wyczynem, ponieważ wszyscy jadą gdzieś blisko (np. do pracy)
a że było około ósmej rano sytuacja była beznadziejna.
Łukasz apatycznie klapnął na plecak, a ja z miną która każdemu kierowcy miała pokazać że MUSI nas zabrać stanąłem jak zawsze z kciukiem skierowanym w niebo.
No i jak się domyślacie... nie minęło pięć minut a już mieliśmy transport.
Zatrzymało się czarne Audi A6. otworzyła się szyba...
a zza niej uśmiechnął się do nas około 30-sto letni Francuzik którego Łukasz scharakteryzował krótko, oczywiście na głos i oczywiście w obecności wyżej wymienionego.
Łukasz ospale wrzucił nasze plecaki do bagażnika i od niechcenia mruknął:
-Ty go poderwałeś, to i Ty siedzisz z przodu
ja przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i wsiadłem.
Francuzik był tak miły, że aż mdliło.
Jechał do Paryża. Bardzo się śpieszył, ale powiedział że chętnie nas zawiezie "gdzie tylko chcemy"
Łukasz tylko parsknął
(tak swoją drogą muszę Wam wyznać [wybacz Łukasz ]
że Łukasz jest wręcz ideałem homofoba. Nienawidzi pederastów całym swoim jestestwem, widzi ich wszędzie i gdyby urodził się te kilka wieków temu zostałby bez większego problemu pierwszym inkwizytorem od neutralizacji tej formy wynaturzenia seksualnego)
Francuzik chyba stwierdził że nic nie wyrwie i zaczął usilnie kombinować gdzie nas zostawić.
Skręcił w zjazd z autostrady.Rzucił na drogę "bye" i pojechał wyrywać dalej...
Rozbiliśmy namiot na zakrzaczonym pasie zieleni między autostradą a parkingiem. Co prawda przejeżdżające tiry powodowały ciary na plecach, bo gdyby te czterdzieści ton w nas wjechało nie byłoby co zbierać... ale jakoś nie-obudziliśmy się cali.
Poranna herbata i dalej w drogę z Andrzejem. Zostawił nas gdzieś w Rennes. Niefortunnie bo w centrum miasta.
Dopadła mnie pewna uporczywa myśl- "jak my się stąd kurfa wydostaniemy"
Przeszliśmy tylko przez pasy, i rozleniwieni długą podróżą stanęliśmy przy skraju ruchliwej ulicy i stwierdziliśmy że się nie ruszamy stąd, aż nas coś nie zabierze.
Złapanie stopa w dobrym kierunku w centrum jakiegokolwiek miasta jest nie lada wyczynem, ponieważ wszyscy jadą gdzieś blisko (np. do pracy)
a że było około ósmej rano sytuacja była beznadziejna.
Łukasz apatycznie klapnął na plecak, a ja z miną która każdemu kierowcy miała pokazać że MUSI nas zabrać stanąłem jak zawsze z kciukiem skierowanym w niebo.
No i jak się domyślacie... nie minęło pięć minut a już mieliśmy transport.
Zatrzymało się czarne Audi A6. otworzyła się szyba...
a zza niej uśmiechnął się do nas około 30-sto letni Francuzik którego Łukasz scharakteryzował krótko, oczywiście na głos i oczywiście w obecności wyżej wymienionego.
“Może pedał, może elegant, może biznesmen, ale raczej pedał”
Łukasz ospale wrzucił nasze plecaki do bagażnika i od niechcenia mruknął:
-Ty go poderwałeś, to i Ty siedzisz z przodu
ja przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i wsiadłem.
Francuzik był tak miły, że aż mdliło.
Jechał do Paryża. Bardzo się śpieszył, ale powiedział że chętnie nas zawiezie "gdzie tylko chcemy"
Łukasz tylko parsknął

(tak swoją drogą muszę Wam wyznać [wybacz Łukasz ]
że Łukasz jest wręcz ideałem homofoba. Nienawidzi pederastów całym swoim jestestwem, widzi ich wszędzie i gdyby urodził się te kilka wieków temu zostałby bez większego problemu pierwszym inkwizytorem od neutralizacji tej formy wynaturzenia seksualnego)Francuzik chyba stwierdził że nic nie wyrwie i zaczął usilnie kombinować gdzie nas zostawić.
Skręcił w zjazd z autostrady.Rzucił na drogę "bye" i pojechał wyrywać dalej...
-
gość:
Szkoda, że nie macie zdjęcia tego francuzika :D
-
hamsterboy:
to prawie jak w eurotripie "miscuzzi" :D
Wróciłem...
Dużo nowych przygód do spisania! Zastanawiam się i najpierw chyba skończę opisywać poprzedni EuroTrip.
Dziś, czytając poprzednie wpisy mam ochotę każdy edytować i dopisać kolejne kilka słów...
Wiele osób prosi mnie abym rozwinął każdą z opowieści-chyba właśnie dałem się na to namówić
Dużo nowych przygód do spisania! Zastanawiam się i najpierw chyba skończę opisywać poprzedni EuroTrip.
Dziś, czytając poprzednie wpisy mam ochotę każdy edytować i dopisać kolejne kilka słów...
Wiele osób prosi mnie abym rozwinął każdą z opowieści-chyba właśnie dałem się na to namówić
-
Karred: @ODRODZONY: więc zapraszam do czytania :)
-
Ekwador:
dawaj dawaj!;)
Z POWODU KOLEJNEGO WYJAZDU BLOG ZAWIESZONY
pozdrawiam z kolejnego tripu!
jak wrócę wszystko opiszę...
!!!
pozdrawiam z kolejnego tripu!
jak wrócę wszystko opiszę...
!!!
-
Paweł:
wow... nieżle:D pozdrawiam
-
Ranov:
Bardzo ciekawa podróż, aż trudno uwierzyć w niektóre sytuacje, ten zbieg okoliczności i szczęście zarazem...
Sam chciałbym spróbować takiej formy podróżowania...
ps. jak długo średnio wyczekujecie autostopa?
-
Karred: @Ranov: najdłużej w życiu czekałem... z 2 godzinki! Ale była to tragiczna miejscówka, tragiczna pogoda i jeszcze tragiczniejsza pora dnia... :)
Jechaliśmy jakiś czas.
Marokańsko-Francuska dziewczyna zjeżdżała z autostrady do jakiegoś miasteczka na uboczu, więc zostawiła nas na stacji przed swym zjazdem gdzieś na przedmieściach Lille.
Bardzo szybko złapaliśmy jakiegoś francuza, który po angielsku rozumiał tyle co ja po francusku.
Brak znajomości języka nie przeszkodził mu w nawiązaniu długiej rozmowy z Łukaszem na temat Legii Cudzoziemskiej.
Francuz jechał dostawczym busem, z betonem na pace.
Chłopaki poruszali militarne tematy a ja kimałem.
Francuzki Militarysta/betonista zostawił nas na jakimś zadupiu!
Załamani, cudem złapaliśmy jakiegoś polskiego TIRa
Kierowcą był Andrzej w chłodni Volvo.
Człowiek bardzo inteligentny, obyty, wykształcony...
aparycją i erudycją bardziej przypominał polityka niż tirowca.
Gdy zapytałem-"dlaczego jeździsz?"
odpowiedział krótko "bo to kocham!"
Był zaprzeczeniem stereotypowego kierowcy tira.
a w aucie miał taki porządek, że śmiało można było jeść z podłogi.
Obiecał nas wieźć do momentu kiedy będzie musiał zrobić nocną pauzę.
Wylądowaliśmy na Leśnym parkingu dla tirów przy autostradzie. Bez sklepu, za to z ławeczkami i wieloma zacisznymi miejscami, które idealnie nadawały się do rozbicia naszego zielonego, przenośnego domu marki Quechua.
Marokańsko-Francuska dziewczyna zjeżdżała z autostrady do jakiegoś miasteczka na uboczu, więc zostawiła nas na stacji przed swym zjazdem gdzieś na przedmieściach Lille.
Bardzo szybko złapaliśmy jakiegoś francuza, który po angielsku rozumiał tyle co ja po francusku.
Brak znajomości języka nie przeszkodził mu w nawiązaniu długiej rozmowy z Łukaszem na temat Legii Cudzoziemskiej.
Francuz jechał dostawczym busem, z betonem na pace.
Chłopaki poruszali militarne tematy a ja kimałem.
Francuzki Militarysta/betonista zostawił nas na jakimś zadupiu!
Załamani, cudem złapaliśmy jakiegoś polskiego TIRa
Kierowcą był Andrzej w chłodni Volvo.
Człowiek bardzo inteligentny, obyty, wykształcony...
aparycją i erudycją bardziej przypominał polityka niż tirowca.
Gdy zapytałem-"dlaczego jeździsz?"
odpowiedział krótko "bo to kocham!"
Był zaprzeczeniem stereotypowego kierowcy tira.
a w aucie miał taki porządek, że śmiało można było jeść z podłogi.
Obiecał nas wieźć do momentu kiedy będzie musiał zrobić nocną pauzę.
Wylądowaliśmy na Leśnym parkingu dla tirów przy autostradzie. Bez sklepu, za to z ławeczkami i wieloma zacisznymi miejscami, które idealnie nadawały się do rozbicia naszego zielonego, przenośnego domu marki Quechua.
-
Darek:
przyjemnie się czyta. podziwiam i pozdrawiam.
-
mro:
przygody spoko, ale znajdźcie jakiegoś redaktora który wam to napisze, bo pisarskiego drygu czy też tzw. "ogłady literackiej" to panowie nie mają, bez urazy oczywiście, bo historie faktycznie warte spisania :)
-
Thomas:
A według mnie styl pisania jest bardzo przyjemny dla czytelnika. Opowieści bardzo wciągają i nie można się doczekać następnych wpisów. Pozdro.
Wyciągnęliśmy kciuki.
Zaczęło mżyć. staliśmy w dość dobrym miejscu. Bezpośrednio za skrzyżowaniem, przed samym wyjazdem na autostradę.
Zaczynało padać i wiać coraz mocniej. Zatęskniłem za przytulnym domem Pawła.
Walczyłem nawet w sobie czy nie napisać smsa "wracajcie po nas"
ale chęć przygody wygrała!
Zatrzymała się młoda marokańska francuska w jakimś Renault.
otworzyła powoli przyciemnianą szybę i zapytała
-Aren't you murderers? With kidnappers?
-No! And you aren't?
uśmiała się tylko i otwierając drzwi rzekła
-get on!
Była zafascynowana naszą podróżą!
Powiedziała żeby nam przypadkiem nie przyszło do głowy, przedostawać się z południa Hiszpanii do Maroka (są tanie promy)
Stwierdziła ze jako Marokanka nie poleca żadnemu europejczykowi na własną rękę się tam wybierać.
-"to nie ładnie własny kraj w takim świetle przestawiać, ale w Maroku nie bylibyście anonimowi , ze względu na waszą słowiańską urodę, a co za tym idzie, gdyby ktoś przyuważył że się kręcicie bez zorganizowanej grupy, zostalibyście natychmiast obrabowani"
Opowiadała nam o Maroku, o tym ze jest to zupełnie inny świat/ludzie/kultura.
Przestrzegała nas przed swą ojczyzną, ale nieświadomie też zafascynowała.
Dziewczyna mówiła to w dobrej wierze i z troski o nas, ale my patrząc na siebie już wiedzieliśmy że jak tylko się uda, będziemy próbowali dotrzeć do "dzikiego" Maroka.
Zaczęło mżyć. staliśmy w dość dobrym miejscu. Bezpośrednio za skrzyżowaniem, przed samym wyjazdem na autostradę.
Zaczynało padać i wiać coraz mocniej. Zatęskniłem za przytulnym domem Pawła.
Walczyłem nawet w sobie czy nie napisać smsa "wracajcie po nas"
ale chęć przygody wygrała!
Zatrzymała się młoda marokańska francuska w jakimś Renault.
otworzyła powoli przyciemnianą szybę i zapytała
-Aren't you murderers? With kidnappers?
-No! And you aren't?
uśmiała się tylko i otwierając drzwi rzekła
-get on!
Była zafascynowana naszą podróżą!
Powiedziała żeby nam przypadkiem nie przyszło do głowy, przedostawać się z południa Hiszpanii do Maroka (są tanie promy)
Stwierdziła ze jako Marokanka nie poleca żadnemu europejczykowi na własną rękę się tam wybierać.
-"to nie ładnie własny kraj w takim świetle przestawiać, ale w Maroku nie bylibyście anonimowi , ze względu na waszą słowiańską urodę, a co za tym idzie, gdyby ktoś przyuważył że się kręcicie bez zorganizowanej grupy, zostalibyście natychmiast obrabowani"
Opowiadała nam o Maroku, o tym ze jest to zupełnie inny świat/ludzie/kultura.
Przestrzegała nas przed swą ojczyzną, ale nieświadomie też zafascynowała.
Dziewczyna mówiła to w dobrej wierze i z troski o nas, ale my patrząc na siebie już wiedzieliśmy że jak tylko się uda, będziemy próbowali dotrzeć do "dzikiego" Maroka.
U Pawła byliśmy łącznie trzy dni.
Zwiedziliśmy w międzyczasie Dixmuide, szesnastotysięczne miasteczko, w którym poza portem, jest ciekawe muzeum I Wojny Światowej.
Ogromny gmach z którego widać jak na dłoni całe miasto i okolice zrobił na nas wrażenie.
W muzeum można było między innymi zobaczyć sceny z okopów i pola walki, powąchać jak tam śmierdziało, zobaczyć jak przyrządzić szczura, aby był zjadliwy, czy w końcu przeżyć nalot...
Wstęp do tego interaktywnego muzeum kosztował nas... 50 eurocentów- eh te znajomości Pawła...
Poznaliśmy też Jego przyjaciół,w tym Sofie która chciała nas zatrzymać na dłużej, nawet już zaczęła szukać nam pracy...
Czas mijał nam na alkoholizowaniu się i ogólnie balowaniu!
Wszystko co dobre szybko się kończy. Nie chcąc nadużywać gościnności chłopaków postanowiliśmy jechać dalej.
Sofia i Paweł odwieźli nas na Autostradę w kierunku francuskiego, przygranicznego miasta-Lille.
Zwiedziliśmy w międzyczasie Dixmuide, szesnastotysięczne miasteczko, w którym poza portem, jest ciekawe muzeum I Wojny Światowej.
Ogromny gmach z którego widać jak na dłoni całe miasto i okolice zrobił na nas wrażenie.
W muzeum można było między innymi zobaczyć sceny z okopów i pola walki, powąchać jak tam śmierdziało, zobaczyć jak przyrządzić szczura, aby był zjadliwy, czy w końcu przeżyć nalot...
Wstęp do tego interaktywnego muzeum kosztował nas... 50 eurocentów- eh te znajomości Pawła...
Poznaliśmy też Jego przyjaciół,w tym Sofie która chciała nas zatrzymać na dłużej, nawet już zaczęła szukać nam pracy...
Czas mijał nam na alkoholizowaniu się i ogólnie balowaniu!
Wszystko co dobre szybko się kończy. Nie chcąc nadużywać gościnności chłopaków postanowiliśmy jechać dalej.
Sofia i Paweł odwieźli nas na Autostradę w kierunku francuskiego, przygranicznego miasta-Lille.
Karred
Karred, Warszawa, Polska
O mnie: Jeżeli jesteś tu po raz pierwszy, to zacznij czytać od najstarszego posta, od dołu strony
Motto: każda podróż/przygoda zaczyna się od małego kroku- tym krokiem jest przejście przez próg własnego domu
E-mail: karred@o2.pl
6280225
Ostatnie komentarze
-
FeewmesPoorma, 164 dni temu »



-
chomi3:
-
mOx:
-
gość:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›