• Wpisów:30
  • Średnio co: 116 dni
  • Ostatni wpis:9 lata temu, 15:04
  • Licznik odwiedzin:8 703 / 3597 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
To co teraz napisze jest jednym z piękniejszych wspomnień w moim dotychczasowym życiu.
Jako że kolekcjonuję w głowie takie wspomnienia to, gdy pisze że było to jedno z piękniejszych... uwierzcie-BYŁO!

spróbuję Wam to opisać.
posłuchajcie.


Rozłożony w zaciszu i cieniu namiot.
chłodny wietrzyk.
absolutny brak planów, myśli i zmartwień.
błogostan, który trwał... trwał... trwał...

przerwał mi go motyl, który przelatując skupił moją uwagę na sobie. No ale sami przyznacie-skoro obserwacja motyla to najbardziej absorbująca sprawa... to takiego stanu naprawdę nie da się nazwać jak...

Błogostan...

...
...
...

leżałem... piłem... jadłem...
dojrzałe w słońcu owoce były tak dojrzale i słodkie, że ich soki ciekły mi po brodzie...

słodkie wino szumiało już w głowie...

a ja wciąż i wciąż leżałem i NIC NIE MUSIAŁEM.

Łukasz przeżywał chyba podobny stan, jak ja, bo nie rozmawialiśmy wiele tego wieczoru...

...
...
...


- dobrze mi tu
- nooo... -szepnąłem przeciągając się...


....
....
....



 

 
Zatrzymaliśmy się pod Bordeaux. Było lekko po godzinie piętnastej, a 37* Celsjusza na termometrze.

Marzył mi się zimny prysznic a potem jakieś dobre żarcie i zimny drink.

Łukasz znalazł jakiś cień i fotografował jakieś uschłe ślimaki..., a ja poszedłem na tej wielkiej stacji znaleźć prysznic.

kolejka... kilku spoconych facetów, oczywiście zero pośpiechu (bo jak tu się w takim skwarze śpieszyć)
z nudów zagadałem do jednego z współtowarzyszy upalnej niedoli.

Zaczęło się kurtuazyjnie-O pogodzie. skomentowaliśmy kilka półnagich lasek, które nie zwracały uwagi na otaczających je ludzi i z gorąca się ostentacyjnie porozbierały. szybko zaczęliśmy skakać po tematach.
Objechaliśmy też francuzów których chyba obaj nie darzyliśmy sympatią... w końcu zapytał co tu robię i zacząłem opowiadać o naszym tripie.
Gadaliśmy tak z dobre 10 minut.
(oczywiście w języku Królowej Elżbiety)
w końcu zapytał:

-"sorry... where are you from"
- from Poland
- no nie pierdol?!- odpowiedział mój rozmówca.

Śmialiśmy się dobre parę minut z siebie.

Kamil, okazał się (a jakże!) polskim tirowcem, który zatrzymał się tylko na prysznic i musiał jechać dalej. Namawiał mnie przez chwilę żebyśmy z nim jechali, ale postanowiliśmy już wcześniej że zostajemy tu na noc bo chcemy się trochę wyluzować, odpocząć, coś wypić...

Prysznic uratował mi życie!

gdy wypluskał się też Łukasz, postanowiliśmy ruszyć na jakieś zakupy, bo w oddali majaczyło nam jakieś miasteczko.

Okolica była jak z bajki. Skąpane w słońcu pola winnych krzewów, pożółkła od słońca trawa... już "pachniało" Hiszpanią!

Fajnie było tylko pierwsze kilka kroków...
po 5 minutach moje ciało zapomniało o prysznicu...

ŻAR! ŻAR! ŻAR! Na plecach cięższe niż zwykle plecaki! ŻAR! ŻAR! ŻAR!

(ledwo, ale) doszliśmy do miasteczka w którym chcieliśmy znaleźć klimatyzowany sklep-znaleźliśmy Inter Marche

spędziliśmy tam dobre pół godziny. Większość czasu w dziale z winami.
Były tańsze niż woda, niż bułka, niż cokolwiek!

obładowani jak dromadery ruszyliśmy w stronę naszej stacji.
Nie wiem ile szliśmy ale pamiętam tylko tan niemiłosierny żar i perspektywę bliskiej degustacji wyrobów z miejscowych winiarni...
  • awatar Gość: ło ale toto był nudny i zarazem bekowy blog, wstyd tylko wstyd pozostał :(
  • awatar Gość: Heeyyy! Karol! Jsi tam! Pamatuješ?Sestry z Češky, píšeme ti mail, ale nějak to nefunguje! Anyway: anetbam@gmail.com Jak se má Sylvuška? Myslíme na vás a na Santiago, rády vás uvidíme! Aneta + Maruška
  • awatar Gość: dokończ historię ;) nocke zarwałem by podziwiać wasz trip....
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Podeszliśmy do najdziwniejszego człowieka na całym parkingu. Był upał, a on w chyba ślubnym garniturku siedział sobie na ławeczce i coś konsumował.
Gdy go zobaczyliśmy, spojrzeliśmy na siebie z Łukaszem i zgodnie stwierdziliśmy że to starszy brat Jasia Fasoli (jeszcze wtedy nie wiedziałem że za kilka dni poznam PRAWDZIWEGO Jasia Fasolę... ale o tym później)

Jechał samochodem idealnie pasującym do niego samego- stare audi, które niemiłosiernie rzęziło, ale ku naszemu zdziwieniu jechało.
Fasola był tak nieogarnięty że ciężko było wytrzymać, żeby nie zacząć się śmiać. Okazał się... Bułgarem!
Bułgarski Jaś Fasola nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć dokąd dokładnie jedzie. choć po angielsku komunikował się bardzo dobrze (aczkolwiek niechętnie).

Zabrał nas bez słowa, bez słowa tez nas wysadził.
W zasadzie jego osobę można scharakteryzować tym zdaniem- BEZ SŁOWA!

od razu szybko złapaliśmy drugi transport.
Z racji ze mieliśmy już dość dziwaków, pomyśleliśmy ze znów pora na przejażdżkę z elitą kierowców-jakimś polskim Tirowcem.

Zabrał nas pewien Jarek
Przykimałem po drodze więc nic, na temat trasy ani rozmów powiedzieć nie mogę.

Jarek zostawił nas na jednym z większych parkingów w europie. było tam wszystko co było nam do życia potrzebne...
 

 
Łukasz z uśmiechem mówiącym "a nie mówiłem" powiedział:

-robimy śniadanie i teraz JA łapie stopa.

Zjazd z autostrady był odludziem, ale była perspektywa złapania kolejnej podwózki ponieważ był wjazdem na autostradę (no taka zatoczka-co ja wam będę tłumaczył)

Szybka akcja. Ja wyciągam żarło, Łukasz kuchenkę. Garnek z naszą (nazwijmy to) zupą stoi i czeka tylko na to żeby zaświecił się pod nim ogień.

-Daj zapalniczkę!
-... yyy Ty masz?!
(macanie kieszeni)
-nie Ty masz.
-ja? nie Ty!
-no mówię Ci że Ty!

zgodnym chórem powiedzieliśmy to co każdy polak powiedziałby w tej sytuacji.
(dwuczłonowy równoważnik zdania, w którym drugim słowem jest "MAĆ"

Ze złości kopnąłem w jakieś pudełko. przeleciało z dwa metry i... coś z niego wypadło.
Podchodzę, patrzę...
przecieram oczy...

ZAPALNICZKA!

sprawdzam...-PALI!



[nazwijcie to jak chcecie-Opatrzność, anioł stróż, fart, bóstwo opiekuńcze, przypadek- NIE obchodzi mnie to. Ważne że tam była]

Gdy zjedliśmy, zaczęliśmy łapać dalej.
Zatrzymał się francuz w starym busie. Był w pracy, lecz stwierdził ze bez problemu nas podrzuci na jakąś stację/parking na autostradzie.

Zostawił nas na tak zwanym leśnym parkingu.

(miejsce gdzie są ławki, miejsca parkingowe i sikalnia, którą czuć na odległość.

Było tam niewiele samochodów, więc znów trzeba było kombinować...
  • awatar Gość: typowa akcja gdzie zycie zaskakuje bardziej niz smak niemieckich kielbasek :D
  • awatar Gość: z niecierpliwością czekam na kolejny wpis ;) mam przed sobą ok 100km trase do przejechania z koleżanką, ale czytanie tych wpisów podnosi na duchu dla mało doświadczonych stopowiczów
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
DOBRA! Snujemy opowieść dalej...

Rozbiliśmy namiot na zakrzaczonym pasie zieleni między autostradą a parkingiem. Co prawda przejeżdżające tiry powodowały ciary na plecach, bo gdyby te czterdzieści ton w nas wjechało nie byłoby co zbierać... ale jakoś nie-obudziliśmy się cali.
Poranna herbata i dalej w drogę z Andrzejem. Zostawił nas gdzieś w Rennes. Niefortunnie bo w centrum miasta.

Dopadła mnie pewna uporczywa myśl- "jak my się stąd kurfa wydostaniemy"
Przeszliśmy tylko przez pasy, i rozleniwieni długą podróżą stanęliśmy przy skraju ruchliwej ulicy i stwierdziliśmy że się nie ruszamy stąd, aż nas coś nie zabierze.

Złapanie stopa w dobrym kierunku w centrum jakiegokolwiek miasta jest nie lada wyczynem, ponieważ wszyscy jadą gdzieś blisko (np. do pracy)
a że było około ósmej rano sytuacja była beznadziejna.

Łukasz apatycznie klapnął na plecak, a ja z miną która każdemu kierowcy miała pokazać że MUSI nas zabrać stanąłem jak zawsze z kciukiem skierowanym w niebo.

No i jak się domyślacie... nie minęło pięć minut a już mieliśmy transport.
Zatrzymało się czarne Audi A6. otworzyła się szyba...
a zza niej uśmiechnął się do nas około 30-sto letni Francuzik którego Łukasz scharakteryzował krótko, oczywiście na głos i oczywiście w obecności wyżej wymienionego.

"Może pedał, może elegant, może biznesmen, ale raczej pedał"

Łukasz ospale wrzucił nasze plecaki do bagażnika i od niechcenia mruknął:
-Ty go poderwałeś, to i Ty siedzisz z przodu

ja przełknąłem ślinę, wziąłem głęboki oddech i wsiadłem.

Francuzik był tak miły, że aż mdliło.
Jechał do Paryża. Bardzo się śpieszył, ale powiedział że chętnie nas zawiezie "gdzie tylko chcemy"

Łukasz tylko parsknął

(tak swoją drogą muszę Wam wyznać [wybacz Łukasz ]
> że Łukasz jest wręcz ideałem homofoba. Nienawidzi pederastów całym swoim jestestwem, widzi ich wszędzie i gdyby urodził się te kilka wieków temu zostałby bez większego problemu pierwszym inkwizytorem od neutralizacji tej formy wynaturzenia seksualnego)

Francuzik chyba stwierdził że nic nie wyrwie i zaczął usilnie kombinować gdzie nas zostawić.
Skręcił w zjazd z autostrady.Rzucił na drogę "bye" i pojechał wyrywać dalej...

  • awatar Gość: to prawie jak w eurotripie "miscuzzi" :D
  • awatar Gość: Szkoda, że nie macie zdjęcia tego francuzika :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Wróciłem...
Dużo nowych przygód do spisania! Zastanawiam się i najpierw chyba skończę opisywać poprzedni EuroTrip.
Dziś, czytając poprzednie wpisy mam ochotę każdy edytować i dopisać kolejne kilka słów...
Wiele osób prosi mnie abym rozwinął każdą z opowieści-chyba właśnie dałem się na to namówić
  • awatar Gość: dawaj dawaj!;)
  • awatar Karred: @ODRODZONY: więc zapraszam do czytania :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Z POWODU KOLEJNEGO WYJAZDU BLOG ZAWIESZONY


pozdrawiam z kolejnego tripu!
jak wrócę wszystko opiszę...


!!!
  • awatar Karred: @Ranov: najdłużej w życiu czekałem... z 2 godzinki! Ale była to tragiczna miejscówka, tragiczna pogoda i jeszcze tragiczniejsza pora dnia... :)
  • awatar Gość: Bardzo ciekawa podróż, aż trudno uwierzyć w niektóre sytuacje, ten zbieg okoliczności i szczęście zarazem... Sam chciałbym spróbować takiej formy podróżowania... ps. jak długo średnio wyczekujecie autostopa?
  • awatar Gość: wow... nieżle:D pozdrawiam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Jechaliśmy jakiś czas.
Marokańsko-Francuska dziewczyna zjeżdżała z autostrady do jakiegoś miasteczka na uboczu, więc zostawiła nas na stacji przed swym zjazdem gdzieś na przedmieściach Lille.

Bardzo szybko złapaliśmy jakiegoś francuza, który po angielsku rozumiał tyle co ja po francusku.
Brak znajomości języka nie przeszkodził mu w nawiązaniu długiej rozmowy z Łukaszem na temat Legii Cudzoziemskiej.
Francuz jechał dostawczym busem, z betonem na pace.
Chłopaki poruszali militarne tematy a ja kimałem.

Francuzki Militarysta/betonista zostawił nas na jakimś zadupiu!

Załamani, cudem złapaliśmy jakiegoś polskiego TIRa
Kierowcą był Andrzej w chłodni Volvo.
Człowiek bardzo inteligentny, obyty, wykształcony...
aparycją i erudycją bardziej przypominał polityka niż tirowca.

Gdy zapytałem-"dlaczego jeździsz?"
odpowiedział krótko "bo to kocham!"

Był zaprzeczeniem stereotypowego kierowcy tira.
a w aucie miał taki porządek, że śmiało można było jeść z podłogi.

Obiecał nas wieźć do momentu kiedy będzie musiał zrobić nocną pauzę.
Wylądowaliśmy na Leśnym parkingu dla tirów przy autostradzie. Bez sklepu, za to z ławeczkami i wieloma zacisznymi miejscami, które idealnie nadawały się do rozbicia naszego zielonego, przenośnego domu marki Quechua.

  • awatar Gość: Mi też się bardzo przyjemnie czyta i oczekuje na następne. ;)
  • awatar Gość: A według mnie styl pisania jest bardzo przyjemny dla czytelnika. Opowieści bardzo wciągają i nie można się doczekać następnych wpisów. Pozdro.
  • awatar Gość: przygody spoko, ale znajdźcie jakiegoś redaktora który wam to napisze, bo pisarskiego drygu czy też tzw. "ogłady literackiej" to panowie nie mają, bez urazy oczywiście, bo historie faktycznie warte spisania :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wyciągnęliśmy kciuki.

Zaczęło mżyć. staliśmy w dość dobrym miejscu. Bezpośrednio za skrzyżowaniem, przed samym wyjazdem na autostradę.
Zaczynało padać i wiać coraz mocniej. Zatęskniłem za przytulnym domem Pawła.
Walczyłem nawet w sobie czy nie napisać smsa "wracajcie po nas"
ale chęć przygody wygrała!

Zatrzymała się młoda marokańska francuska w jakimś Renault.

otworzyła powoli przyciemnianą szybę i zapytała
-Aren't you murderers? With kidnappers?

-No! And you aren't?

uśmiała się tylko i otwierając drzwi rzekła
-get on!


Była zafascynowana naszą podróżą!
Powiedziała żeby nam przypadkiem nie przyszło do głowy, przedostawać się z południa Hiszpanii do Maroka (są tanie promy)
Stwierdziła ze jako Marokanka nie poleca żadnemu europejczykowi na własną rękę się tam wybierać.

-"to nie ładnie własny kraj w takim świetle przestawiać, ale w Maroku nie bylibyście anonimowi , ze względu na waszą słowiańską urodę, a co za tym idzie, gdyby ktoś przyuważył że się kręcicie bez zorganizowanej grupy, zostalibyście natychmiast obrabowani"

Opowiadała nam o Maroku, o tym ze jest to zupełnie inny świat/ludzie/kultura.
Przestrzegała nas przed swą ojczyzną, ale nieświadomie też zafascynowała.

Dziewczyna mówiła to w dobrej wierze i z troski o nas, ale my patrząc na siebie już wiedzieliśmy że jak tylko się uda, będziemy próbowali dotrzeć do "dzikiego" Maroka.
 

 
U Pawła byliśmy łącznie trzy dni.
Zwiedziliśmy w międzyczasie Dixmuide, szesnastotysięczne miasteczko, w którym poza portem, jest ciekawe muzeum I Wojny Światowej.
Ogromny gmach z którego widać jak na dłoni całe miasto i okolice zrobił na nas wrażenie.
W muzeum można było między innymi zobaczyć sceny z okopów i pola walki, powąchać jak tam śmierdziało, zobaczyć jak przyrządzić szczura, aby był zjadliwy, czy w końcu przeżyć nalot...
Wstęp do tego interaktywnego muzeum kosztował nas... 50 eurocentów- eh te znajomości Pawła...

Poznaliśmy też Jego przyjaciół,w tym Sofie która chciała nas zatrzymać na dłużej, nawet już zaczęła szukać nam pracy...
Czas mijał nam na alkoholizowaniu się i ogólnie balowaniu!

Wszystko co dobre szybko się kończy. Nie chcąc nadużywać gościnności chłopaków postanowiliśmy jechać dalej.
Sofia i Paweł odwieźli nas na Autostradę w kierunku francuskiego, przygranicznego miasta-Lille.
 

 
Dojechaliśmy do urokliwego miasteczka Dixmuide.
Paweł wraz z Mariuszem wynajmowali duży dwupiętrowy dom. Dali nam pokój na poddaszu, co prawda bez Łóżek, ale... przecież mieliśmy karimaty i śpiwory, więc nie był to dla nas żaden problem.
Umyliśmy się, przebraliśmy i ruszyliśmy na jakieś żarełko.

Paweł był bardzo wesołym, sympatycznym, wręcz zakręconym człowiekiem. Był naprawdę bardzo gościnny, traktował nas jak młodszych braci!

Na początku lekko się dziwiłem, gdy idąc z Pawłem przez miasto, ludzie na jego widok kłaniali mu się w pas i przechodzili na drugą stronę ulicy...
Gdy kłaniał mu się sprzedawca sklepu i gorączkowo pytał co mu potrzeba i że oczywiście nie musi stać w kolejce, byliśmy już w lekkim szoku...

Gdy miejscowy policjant mu się ukłonił i prosił go drżącym głosem ,żeby był "GRZECZNY" nie wytrzymaliśmy i zapytaliśmy o co tu chodzi?
Paweł się lekko uśmiechnął i powiedział, że przez kilka śmiesznych zbiegów okoliczności ludzie myślą że jest jakimś mafiozą...

-Nazywają mnie tu MASTRUSCH, co po ichniejszemu znaczy MAFIA-powiedział

Nie chcę się tu rozpisywać o co dokładnie chodzi, ale cała sytuacja wyglądała jak z filmu "Kariera Nikosia Dyzmy"


Prawda jest taka że był on potulny jak baranek, ale miał jak na spokojne, belgijskie miasteczko dość nie miłą aparycję, a jak się do tego dodało kilka sytuacji, wokół jego osoby narosło wiele legend. Niektórzy fantazjowali na jego temat, inni coś sobie tam dopowiedzieli, jeszcze inni naprawdę byli światkami jakichś wydarzeń...

Suma sumarum Paweł był tam nie do ruszenia...

Policja nie zatrzymywała jego samochodu, w restauracjach i pubach musiał NALEGAĆ żeby przyjęli od niego pieniądze za rachunek, gdzie nie wszedł ludzie zabijali się żeby się z nimi napił i próbowali mu wszystko stawiać...

NO KOMEDIA!

wieczór i noc spędziliśmy w typowo polski sposób...
 

 
Spaliśmy dłużej niż zwykle. Zjedliśmy coś i ok południa zwinęliśmy majdan i poszliśmy łapać stopa na stację. Dość szybko się okazało że aby udać się w naszym kierunku (Południe Europy/Hiszpania) jesteśmy po złej stronie autostrady. Na szczęście odpowiednia stacja była po drugiej stronie.
Bieganie po autostradzie do najrozsądniejszych pomysłów nie należy, więc przeszliśmy kilkaset metrów na wiadukt i hop-na drugą stronę.

Ogromny parking, dużo samochodów, ale jakoś wyjątkowo opornie nam szło łapanie transportu.
Jak już chciał nas ktoś zabrać-np. hipis w oldschoolowym, kolorowo pomalowanym Volkswagenie T1,-akurat jechał w przeciwną stronę, do Niemiec.

Jakoś szybko się zniechęciłem...

-Nie wiem o co chodzi! Nie możemy nic złapać a stacja wygląda wręcz idealnie!-rzekłem
-Siadaj tu przy plecakach, a ja idę coś szukać-zaproponował Łukasz.
Może czekamy na kogoś konkretnego...-rzucił tylko i poszedł między samochody...

Wrócił po paru minutach i mówi:
-słuchaj idziemy! Jakiś gość siedzi w Jeepie, trzymając nogi na kierownicy, pije browar i... głośno klnie po polsku do telefonu!

po kilku minutach okazało się że wspomnianym gościem był Paweł-około 30 letni Gdańszczanin, mieszkający w Belgii już kilka lat.
Czekał na kumpla który jechał z rodzinka z Polski i coś im chłodnica nawalała i miał ich eskortować. Nie pytał o wiele. kazał wrzucić plecaki na pakę. Po kilku minutach zjawił się jego kumpel-Mariusz wraz z żoną i synem.
Mariusz wraz z Pawłem mieszkali w miasteczku Dixmuide, nad samym Morzem Północnym, niedaleko granicy Belgijsko-Francuskiej.

Ruszyliśmy. Zaczęło lekko siąpić. Paweł bardziej zawyrokował niż zaproponował-jedziemy do mnie!
Przystaliśmy bez mrugnięcia okiem.
Zatrzymywaliśmy się kilkanaście razy bo chłodnica w samochodzie Mariusza wymagała regularnego dolewania wody.
Zaprzyjaźniliśmy się szybko:
my im opowiadaliśmy o naszym tripie i o sobie, oni nam o sobie... podróż uatrakcyjnialiśmy sobie Jupilerem.

Paweł w ciągu całej podróży, wypił z dwa sześciopaki rzeczonego Jupilera (małe puszki wielkości Coli) Głowa już mu się lekko kiwała, więc wyglądaliśmy już niecierpliwie miejsca docelowego.

 

 
Popołudnie... Breda...

-Zostajemy w mieście czy jedziemy gdzieś dalej?- spytałem
-chyba jedziemy! bo gdzie się tu rozbijemy? a hotele drogie.
-no to jedziemy.

Znów z centrum miasta ciężko się wydostać, więc marszem ruszyliśmy w kierunku jakiejś wylotówki.
Zmęczenie nas zatrzymało jakieś 3 km. od stacji, w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu NAC Breda.
zaczęliśmy łapać i... coś kiepsko! Pół godziny i nic!
w końcu na mój wyciągnięty kciuk zareagowało srebrne BMW E36. Ale zatrzymało się jakoś dziwnie... 100 metrów od nas. Za kilkę chwilę okazało się skąd ta opóźniona reakcja kierowcy
Autem z Rotterdamu do Antwerpii podróżowali wdaj, około dwudziestoletni Belgowie. Palili blanty i wyglądali niemal identycznie jak Laska i jego ekipa z filmu "Chłopaki nie płaczę".

Belgijski "Laska" wraz z kumplem jeździli raz na trzy tygodnie do Rotterdamu, aby zaopatrzyć się w miejscowym CofeeShopie.
Z oczywistych powodów chłopaki nie byli zbyt rozmowni, ale byli bardzo życzliwi i gościnni...
Podróż minęła w przyjemnej, wyluzowanej atmosferze.
Chłopaki zostawili nas na fajnej stacji pod Antwerpią. Była tam restauracja, prysznic, a za stacją lasek... a za laskiem (ok 200 metrów) była świeżo skoszona, duża (otoczona z każdej strony lasem) polana.
Znalazłem ją idąc w lasek za potrzebą (kto by wydawał euraska na toaletę, jak w około tyle zieleni?)
Byłem zachwycony odnalezioną polaną! Pogoda świetna, cisza i spokój, z daleka od ludzkich oczu, a 200 metrów od nas duża stacja z całym zapleczem sanitarnym... Po prostu rewelacja!

Rozbiliśmy się, Łukasz coś pichcił, ja poszedłem się umyć.
Na tej właśnie stacji spotkałem parę autostopowiczów z głębokiej Skandynawii.
Skąd wiem ze ze Skandynawii?
Jasnowłosi, bladzi, Lazurowe oczy...On ok. 18 lat, ona 16. Bardzo różnili się od reszty ludzi na stacji.
Już szedłem do nich by zagadać, ale akurat złapali stopa, więc ich nie zatrzymywałem.
Po prysznicu, przyszła moja pora na pichcenie, a Łukasz poszedł wziąć prysznic.

Gdy tak sobie leżałem na trawie i patrzyłem w niebo, usłyszałem dziwne dźwięki.
Podniosłem głowę. Przetarłem oczy. Raz jeszcze przetarłem oczy.
Około 200 metrów ode mnie, po polanie, na dużym, czarnym koniu jeździła około 13 letnia dziewczynka.

Właśnie nadszedł Łukasz. Spojrzeliśmy zdziwieni na siebie. Ulżyło mi-okazało się że on też ją widzi i nie mam halucynacji.

Wodziłem kilka minut mętnym wzorkiem za galopującą dziewczynką, zjadłem, postanowiłem że trzeba wykorzystać okazję- poszedłem zrobić delikatne pranie na stacji. Łukasz poszedł moim śladem. Uprane ciuchy porozwieszaliśmy po okolicznych krzakach.
Pomyślałem że wypadałoby wypić jakieś piwko na kolorowe sny, więc raz jeszcze udałem się na stacje, kupiłem jakiegoś "Jupilera". Jeszcze wtedy nie wiedziałem że najbliższe dni upłyną pod znakiem tego trunku...
 

 
Jako że bilety, jak na nasz budżet okazały się za drogie wpadliśmy na genialny w swej prostocie pomysł:

Kupiliśmy bilet (na gapę oczywiście jeździć nie wolno) ale... NAJTAŃSZY!
Na przejazd na najbliższą stację i to jeszcze dodatkowo w przeciwnym kierunku!

Dlaczego tak?

Wymyśliliśmy że gdy przyjdzie kontroler, będziemy udawali że śpimy, gdy nas "dobudzi", jeden z nas bez mrugnięcia okiem da bilety. Po Stwierdzeniu pana kontrolera, ze to nie w tę stronę, jeden z nas (w tym wypadku ja) łamanym angielskim zacznie tłumaczyć że:

-Jak to jest możliwe że ktokolwiek pozwolił nam pojechać w przeciwną stronę?
-Jak to się stało że nikt z obsługi pociągu nie zjawił się wcześniej?
-Jak to możliwe że nie jest gdzieś czytelni napisane w która stronę jedzie pociąg?
-Żądamy zwrotu za bilety i poinstruowania nas jak mamy się dostać do "naszej stacji"
...

(krótko mówiąc taka mała, ale kulturalna awantura)

Łukasza zadanie tez było w całym procederze ważne! Miał w udawanej lekkiej panice pytać mnie wyłącznie po polsku
"co się dzieje?"
"nie jedziemy w dobra stronę?" itp.

W ten sposób zdezorientowany kanar mając przed sobą perspektywę "awantury" z człowiekiem który mało co kuma po angielsku, a już nic po holendersku i z drugim który panicznie krzyczy w obcym języku coś na kształt "co się dzieje??"
oczywiście wymiękł...

w ten sposób na trzy tury, dostaliśmy się z Amsterdamu do Bredy, pociągiem a'la TGV (te że we) za... 4 euro.

 

 
Miejsce do łapania okazało się jednak wcale nie za dobre... Usadowiliśmy się tuz za przejazdem kolejowym i łapaliśmy przy drodze która wydawała się prowadzić w stronę autostrady. Niestety. Pół godziny i nic. Były to przedmieścia Amsterdamu i wszyscy jechali gdzieś blisko. Nikt w kierunku chociażby wylotówki na autostradę.

Zlitował się i zatrzymał w końcu jakiś podejrzanie uśmiechnięty gość. Był dostawczym citroenem z dwoma miejscami. Zapakowaliśmy się. Łukasz z bagażami do tyłu, ja z przodu z driverem. Od początku mi coś śmierdziało...

Po chwil zaczęło śmierdzieć DOSŁOWNIE!

Gość był dziwnie miły, śpieszył się, ale z chęcią nas zabrał, paka samochodu była jakaś polepiona i śmierdziała niesamowicie... ten zapach kojarzył się nam obu jednoznacznie (pozwólcie że nie zdradzę z czym)
Gość mało co kumał, ale po długim dialogowaniu zrozumiał ze chodzi nam o stację paliw gdziekolwiek oby na autostradzie.
Kręcił, jeździł, uśmiechał się, coś kombinował...

i zostawił nas ta chyba najgorszej stacji jakiej mógł... na stacji która prowadziła z powrotem wprost do Amsterdamu.

Nasze plecaki były polepione mazią która zalegała na pace jego auta. Odór straszny... Nie chcę wiedzieć co to było...

Wszystkich których Zagadaliśmy na stacji jechali właśnie DO Amsterdamu, a my chcieliśmy w stronę Belgii, czyli przeciwną, a że był to jakiś gordyjski węzeł komunikacyjny i nie dało sie przejść na drugą stronę bo nie było żadnego wiaduktu, żeby się wydostać z tej stacji musieliśmy pojechać raz jeszcze do Amsterdamu.

Zabrał nas chłopak, który już rozumiejąc angielski, zlitował się nad nami i mimo iż miał inne plany pomógł nam wydostać się na dobre ze stolicy Holandii. Stwierdził że ciężko będzie wydostać się stąd stopem, ponieważ sieć dróg jest splątana jak metr drutu w kieszeni i tylko cudem znajdziemy tu kogoś kto jedzie w stronę Belgii.
Wpadł na pomysł że zawiezie nas do Amsterdamu na inną stację kolejową, a z niej udamy się w stronę Belgii i tam coś złapiemy. Jako że byliśmy już zmęczeni wielkomiejskim gwarem przystaliśmy na jego propozycję bez szemrania. Podziękowaliśmy za pomoc i poświęcony nam czas i zaczęliśmy szukać odpowiedniego pociągu...
  • awatar Ekwador: yyy...to pewnie był chlor!albo ser pleśniowy...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Szybko zdaliśmy sobie sprawę że wyjechać z Amsterdamu nie będzie łatwo. Wszyscy przecież jadą gdzieś blisko do innej dzielnicy/ rejonu miasta. W centrum raczej ciężko złapać kogoś kto się wybiera na autostradę, a jeszcze ciężej na tą, na którą my chcemy się dostać.

Obudził się w nas Pomysłowy Dobromir-Jedziemy pociągiem!
Oby tylko wydostać się z Amsterdamu. Chociaż dwie stacje. tam złapiemy stopa.
Tak też przejechaliśmy kilka stacji, wysiedliśmy w jakiejś mieścinie gdzie było dużo zieleni. Zlokalizowaliśmy Park i... zasnęliśmy.
Ja na ławce w krzakach, w cieniu-jak rasowy kloszard.
Łukasz jak na turystę przystało-na trawce, na słoneczku, w pobliżu jeziorka.

Przespaliśmy się po nocnych harcach z dwie godziny i obudzeni porannym słoneczkiem stwierdziliśmy że należałoby coś skonsumować.
Na naszej kuchence zrobiliśmy po raz kolejny zupkę a'la EuroTrip, czyli... co się nawinie to do gara...
podstawą-kostka rosołowa
treścią- jakieś mięsko lub coś mięskopochodne
zagęszczaczem- makaron, kuskus, pieczywo...

gdy zjedliśmy, porozglądaliśmy się po okolicy i uznaliśmy ze fajnie tu, ale jedziemy dalej.
Gdy już się zbieraliśmy podszedł do nas dziadek który był z psem na spacerze ( a realniej rzecz ujmując pies był na spacerze z nim, bo ciągnął go za sobą jak szmacianą lalkę) Pies ważył co najmniej tyle co jego pan.
Zasuszony staruszek, zagadał do nas nieśmiało po angielsku.
Konwersację z nim prowadził Łukasz bo ja zwijałem karimatę i pakowałem graty. Nie przysłuchiwałem się zbytnio rozmowie. Oni tam coś pogadali, dziadek się uśmiechnął, życzył powodzenia...

ruszyliśmy w stronę stacji na której wysiedliśmy (obok była jakaś główna droga więc dobre miejsce na łapanie stopa)

- sympatyczny dziadek nie? Nawet mówił po angielsku trochę...- zagadałem Łukasza.
-tak, sympatyczny, no i rzeczywiście mówił po angielsku... ale jakoś bez rewelacji-jak na anglika...- rzekł Łukasz
-???
-To Angol! trafił tu podobno jak Alianci wyzwalali Holandię. Spodobało mu się... i został.
-ciekawe czy kobieta go tu zatrzymała...
-a wiesz że też go o to zapytałem! Kobieta i... marihuana. Tu jest legalna, na Wyspach nie... no i chłopak miał dwa powody żeby zostać.
- i co?
- i baba go rzuciła,a Mery Jane jest mu wciąż wierna.

Tak rozmawiając i przyglądając się ciekawym domkom z klimatycznymi ogrodami, doszliśmy do stacji.

Wyciągnęliśmy kciuki zaczęliśmy szukać nowych przygód...
  • awatar Gość: załamka :( taki staruch i takie teksty
  • awatar Ekwador: ps.zupa-mniam...:/
  • awatar Ekwador: chyba on jest wierny Mary Jane;)zawsze to prościej;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Mijaliśmy masę cofeeshopów, barów, pubów, restauracji, lokali itp, ale Highway był bezkonkurencyjny. Po powrocie raczyliśmy się jeszcze produktami znalezionymi w menu naszego ulubionego lokalu.
Dobrze wspominam ten wieczór...

Przymusowe ocknięcie nastąpiło godzinę po północy. o tej godzinie lokale w Amsterdamie są zamykane na godzinkę, aby posprzątać. Stwierdziliśmy, ze należałoby się ciut przespać, trafiliśmy na jakieś portowe molo. Kilka szybkich skoków przez płotki i barierki i już leżeliśmy na dechach. Bezpiecznie nie było, więc system był prosty-najpierw ja śpię godzinę, a Łukasz w letargu "czuwa" , a potem zmiana na kolejną godzinę.
Po regeneracji sił, ruszyliśmy znowu w kierunku dzielnicy czerwonych latarni. Było już mniej tłoczno, wręcz pustawo. czekaliśmy do otwarcia sklepów, aby zrobić małe zakupy na drogę, zrobiliśmy kilka fotek (o świcie Amsterdam nie jest już tak urokliwy jak w nocy) i ruszyliśmy w kierunku dworca
 

 
Spacer po uliczkach Amsterdamu trwał ładne parę godzin.Prawdopodobnie dlatego że, "zmęczenie" dawało się we znaki, no i było co oglądać po drodze.
Aparat na ten dzień stał się moim przyjacielem i przedłużeniem ręki! Nacykałem z 300 zdjęć, ale teraz, gdy je przeglądam muszę przyznać że... naprawdę nic nie przedstawiają!
I Ciężko znaleźć coś, co byłoby czytelne i nadawało się aby tu wrzucić.

W tym jednak momencie nie mogę się oprzeć aby chociaż wspomnieć kilka widoków/zdarzeń/ wspomnień:

- przerażający transwestyta który kokietująco się do nas uśmiechał (ja obstaję za tym ze do Łukasza! Łukasz twierdzi ze... do mnie)

- Masa pań które stały w witrynach... chyba reklamowały bieliznę... pukały też w szybkę i wołały do siebie palcem... chyba chciały zapytać o godzinę

-Japończyk który w tłumie ludzi wpadł na mnie i zapytał czy widzieliśmy może policji bo są mu w tym momencie niezbędnie potrzebni

-głośni i jałopowaci amerykanie

- urokliwe kanały, imprezy na barkach, dziwnie wyglądający i zachowujący się ludzie...

-Czarnoskórzy dilerzy, którzy przechodząc pytali półgębkiem "maybe kokaine?", "Coke?", "stuff?"
Gdy w ten sposób zagadało nas około 20 handlarzy, wpadliśmy na genialny pomysł zrobienia sobie z jednego z nich żartu-Gdy już szedł w naszą stronę (łatwo było ich poznać) i jeszcze się nie zdążył odezwać, my do niego wyskoczyliśmy pierwsi: "maybe kokaine?"
On spojrzał na nas, dwóch uchachanych białasów z ogromnym zdziwieniem i konsternacją. Nic nie odpowiedział, wyciągnął telefon, nerwowo wybrał numer i gdzieś zadzwonił oglądając się na nas oddalających się...
Nie wiedzieć czemu, tego wieczoru już nikt nam kokainy nie proponował


Tego wieczoru mieliśmy MASĘ różnych dziwnych przygód, ale pozwolę sobie zachować je dla siebie... i najbliższych znajomych >


gdy tak szliśmy już któryś raz tą samą alejką odezwałem się do Łukasza

zmęczyłem się
ja chyba też-odparł

to co? spojrzałem na niego i zobaczyłem zrozumienie w oczach

wracamy do Highway'a-rzuciliśmy w tym samym momencie
  • awatar Ekwador: a pewnie,nie ma co wspominać o randce z transwestytą;)drobiazg.I tak jest co czytać!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Zaczęło się od zlokalizowania jakiegoś coffeshopu. W tym temacie raczej nie wybrzydzaliśmy-wpakowaliśmy się do pierwszego napotkanego.
Być w Amsterdamie i choć nie spróbować tego z czego słynie (nie, nie chodzi mi o przejażdżkę rowerem) uważam za błąd.
Lokal do którego trafiliśmy nazywał się adekwatnie do naszego EuroTripu- "Highway"
I rzeczywiście był on dla nas autostradą do innego, lepszego świata.
Czas zaczął płynąć jakoś tak wolno, sympatycznie. Rozmowy które prowadziliśmy zaczęły się nagle urywać w połowie zdanie i w równie dziwnych momentach zaczynać. Łukasz wyglądał na jakiegoś zamyślonego. Mnie zaabsorbował aparat. zrobiłem całą masę zdjęć które tak naprawdę nic nie przedstawiają, ale wtedy... byłem nimi zachwycony.
Po powrocie do rzeczywistości zmobilizowaliśmy się do pójścia na spacer.
Powolny obchód miasta rozpoczął się od przejścia dzielnicy czerwonych latarni...
  • awatar Gość: mistrzu! <OddajePokłonKarolowi>
  • awatar Ekwador: nie no,artysta.ewidentnie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Morze rowerów, zatłoczone ulice, skwar dnia... a ludzie jacyś tacy wyluzowani...
znaczy się AMSTERDAM!

bez większego zastanawiania się, udaliśmy się na dworzec w poszukiwaniu jakiegoś planu miasta/mapy. Trafiliśmy do biura obsługi turysty. Dostaliśmy mapę ,na której pan z biura zaznaczył nam wszystkie interesujące nas miejsca...
Dodatkowo powiedział, ze w jakimś parku wieczorem gra Lenny Kravitz. Brzmiało zachęcająco, ale... niestety. było nam jakoś nie po drodze...

Z racji tego że było wczesne popołudnie, zaczęliśmy zastanawiać się co z noclegiem. Chcieliśmy załatwić sobie to wcześniej, żeby potem na spokojnie pójść korzystać z uroków tego osławionego miasta.
pomysłów było kilka:
-kemping
-jakiś hostel
-park miejski

wybór był jednak inny-
zostawiamy plecaki w przechowalni bagażu i balujemy całą noc!


przebraliśmy się, posililiśmy i ruszyliśmy w miasto grzechu...
 

 
Zostawili nas na jakiejś stacji BP już niedaleko za granicą Holenderską! Zrobiliśmy sobie obiad, po nim około godzinną sjestę i zaczęliśmy szukać nowej przygody! Kierunek-Amsterdam!

Dość szybko zagadaliśmy młodego, szczupłego, niepozornego Holendra. Zabrał nas bardzo chętnie, kupował sobie akurat kanapki na drugie śniadanie na wspomnianym BP. Jak każdego z naszych kierowców, poinformowaliśmy go że jesteśmy na EuroTripie i akurat mapy pomysł wpaść do Amsterdamu.
-Amsterdam?! a byliście tam kiedyś?
-no niestety...
-No to KONIECZNIE musicie tam jechać!

Nasz szofer najpierw się zamyślił, potem popatrzył na zegarek i... wykonał dewa telefony!
jeden do szefa, drugi do dziewczyny i w ten oto sposób zmierzaliśmy bezpośrednio Amsterdamu.
Szef się nawet bardzo nie krzywił chyba. Usłyszał że jego pracownik spotkał szalonych podróżników i bierze wolny dzień. Z tego co usłyszałem tylko się zaśmiał i powiedział że "no problem"
gorzej było z lubą naszego nowego przyjaciela. Zaczęła coś jęczeć i płakać że on jej wcale czasu nie poświęca, że zawsze mu coś wypadnie, a teraz jeszcze kłamie ze jakichś Polaków do Amsterdamu wiezie...
Chłopak się nie ugiął! Postawił na swoim.
na koniec rozmowy tylko westchnął, odkręcił się do nas i rzekł:

-Jedziemy do stolicy uciech wszelakich, do Amsterdamu!

w ten sposób kolejna osoba (nie pierwsza i nie ostatnia) stała się częścią naszej przygody. Zmienił plany, poświęcił nam czas, bezinteresownie pomógł, zaufał...


Prawda jest taka ze bez niego prawdopodobnie nie poradzilibyśmy sobie. Sieć autostrad i dróg jest w Holandii tak gęsta, że nie wiem jak byśmy tam dojechali.
rozmowa i droga super.
między innymi on nam w środku lata puszczał Holenderskie kolędy, a my mu Ryśka Riedla i Dżem i inne ponadczasowe Polskie hity.
Pomimo młodego wieku był byłym już marynarzem.
Służył od młodych lat w Holenderskiej Flocie na lotniskowcu, lecz z powodów zdrowotnych musiał odejść z marynarki.

Wysadził nas w miejscu które było do tego najlepszym miejscem. W samym centrum Amsterdamu. vis-a-vis głównego dworca kolejowego w Amsterdamie.
Serdeczne pożegnanie, płyta "Polish Hit's" na pożegnanie i obowiązkowa fotka.

AMSTERDAM! oj... tu to się dopiero działo...
  • awatar Gość: co szukalem, dzieki
  • awatar Gość: @Ekwador:
  • awatar Ekwador: taaa...;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Znów lekki popas i szukanie transportu. Gdy podjechał wojskowy Jeep z Panem żołnierzem w środku, Łukasz jako fanatyk militariów itp. napalił się na przejażdżkę z wojakiem jak pustynny beduin na szklankę wody. Niestety! Wojskowy nie mógł wozić cywilów... Wraz z zawiedzionym Łukaszem poszliśmy szukać innego stopa.

Jakiś czas kręciliśmy się po stacji, lecz nic fajnego i ciekawego się nam nie trafiało. Nasze zaczepianie ludzi obserwowała piknikująca rodzinka Niemców. Rodzinka specyficzna bo mamy do dnia dzisiejszego obawy z Łukaszem że rodzinka składała się z... dwóch ojców i syna! najstarszy ojciec, kierowca był około trzydziestki, młodszy ojciec około 25 lat i synek, około 12 lat.
Wspomniana rodzinka obserwowała z cienia nasze zmagania z niekumatymi Niemcami i słonecznym żarem. Gdy już zjedli, najstarszy ojciec mnie zawołał i zapytał dokąd jedziemy. Gdy usłyszał że do Holandii ,zaproponował abyśmy się z nimi zabrali. Ich Kombiak bez klimatyzacji, obładowany bagażami, ledwo jechał, ale jechał. Z przodu ojcowie, z tyłu Ja z Łukaszem a między nami najmłodszy przedstawiciel homoniepewnej rodzinki. Gorąco jak w piekle. Jechaliśmy dość długo. zostawili nas na stacji niedaleko za granicą. Z ciekawych rzeczy dodam że Łukasz przy wysiadaniu coś... urwał oddaliliśmy się w pośpiechu, abyśmy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności, bo kto wie co zażądaliby od nas dwaj tatuśkowie w zamian za zaistniałe uszkodzenia
  • awatar Ekwador: "najstarszy ojciec"...:D
  • awatar Gość: z serii: "Poznałem Twoich rodziców. Bardzo fajni panowie" :D uśmiałam się;]
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
łapanie stopa nie szło tym razem tak płynnie jak wczoraj, a było to spowodowane tym, że po śniadanku i w takim słońcu, to bardziej mieliśmy ochotę pod jakieś drzewko wrócić... no ale zaczęliśmy łapać!. Po zagadaniu kilku Niemców którzy nie bardzo szprechali po angielsku, podeszliśmy do chłopaka który przynajmniej rozumiał po angielsku. Do tego się uśmiechał i chciał rozmawiać! To dobrze wróżyło! po krótkim dialogu i wytłumaczeniu że chcemy po prostu w stronę Holandii jechać, wsiedliśmy w jego Berlingo i ruszyliśmy...

Niemiec okazał się Bawarczykiem, przyjemnie się gadało, zapoznał nas lekko z historią regionu, wymieniliśmy kilka spostrzeżeń światopoglądowych i Niemiec zachwycony naszym EuroTripem postanowił, że zboczy trochę (trochę-ponad 100km) i zostawi nas na stacji na autostradzie prowadzącej bezpośrednio do granicy Niemiecko-Holenderskiej.

W podzięce za jego pomoc otrzymał od nas prezent w postaci 100 mililitrowej polskiej wódeczki! Kilka takich "małpek" zabraliśmy ze sobą właśnie na takie okazje! W końcu prezent to nie lada! Polska wódka ma, jak wiadomo swoja renomę na świecie.

Uradowany Niemiec wyściskał nas, życzył powodzenia i machając odjechał w swoją stronę. Zostaliśmy na stacji z ogromnym parkingiem, restauracją, ławkami i stolikami... ogólnie w piknikowym klimacie.
 

 
Obudziliśmy się skoro świt! zimno nie było, za to ciut ciasno, bo jak już wspomniałem Łukasz wbił się do mnie z powodu chłodu.Po przebudzeniu i zwinięciu namiotu, wygramoliliśmy się z krzaków na przystacyjny parking. Pogoda cudowna. Już o świcie bezchmurne niebo i żar lejący się na nas.

Na Ławeczce ze stołem rozstawiliśmy naszą mini kuchenkę gazową i przyrządziliśmy sobie jakąś zupkę i kanapki. Poranna toaleta. Kilka zdjęć i czas ruszać w dalej w świat...
  • awatar Karred: @lmarcinl: Cinku! chcesz to pojedziemy :)
  • awatar Gość: Karol! świetnie budujesz napięcie :P
  • awatar Gość: Oj Kajoj dlaczego mnie nie wziąłeś ze sobą :(.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Gdy szok po spotkaniu trzeciego stopnia z Holendrem opadł, stwierdziliśmy wraz z Łukaszem ze dość przygód na dziś-szukamy noclegu.

Było ciemno, mało co było widać, ale wylądowaliśmy w dobry miejscu.
Stacja Paliw, Hotel, duży parking, restauracja,a z tyłu polana wśród drzew. Szybko rozłożyliśmy pod jednym z drzew, w miejscu nie dostępnym dla oka ludzkiego nasz dom- two seconds'a quechu'y.
Nasz namiot choć nie wielki i idealnie pasujący na tą wyprawę miał tą wadę że mieścił, albo nas dwóch bez plecaków, albo jednego z nas z Plecakami. Szybko ustaliliśmy że ja i nasz dobytek śpimy w namiocie, a Łukasz obok namiotu w śpiworku (nocny chłód oczywiście zweryfikował nasz plan, i Łuki wgramolił mi się w nocy do namiotu). Przed snem wypadałoby coś zjeść i się umyć. Wyruszyłem więc na stację w poszukiwaniu pokarmu i bieżącej wody.
Z ręcznikiem i żelem pod prysznic pod pachą zapytałem na stacji o jakiś prysznic (po angielsku rzecz jasna) Ku mojemu zdziwieniu, uśmiechnięty Marokańczyk stojący za ladą odpowiedział mi czystą polszczyzną że prysznic jest obok w restauracji. Ja w lekkim szoku zacząłem mu dziękować:
-thanks man! And please one coke, and hot sandwitch.
on do mnie:
-NIE! NIE! Jesteś Polakiem! mów do mnie po polsku!

ja wryty, spytałem skąd po pierwsze wie ze jestem polakiem, a po drugie skąd on tak dobrze zna nasz ojczysty język.
Młody Marokańczyk wytłumaczył, ze pracował z Polakami i był w naszym kraju przez pół roku. I... tu się zaczęła tyrada chwaląca nasz kraj:
-Nikt tak się nie bawi i nie pije jak Wy!
-Nikt tak nie potrafi kombinować jeśli chodzi o kasę
-No i te wasze dziewczyny... ah! Palce lizać! Najpiękniejsze jakie widziałem!

Kwestia mojego obywatelstwa okazała się bardziej banalna, Marokańczyk po prostu słyszał jak rozmawialiśmy z Łukaszem.

Ja nie wychodząc z szoku, podziękowałem w imieniu własnym i narodu, zamieniłem jeszcze kilka kurtuazyjnych zdań i wcinając kanapkę pożegnałem sympatycznego Marokańczyka.
Gdy doszedłem do wskazanej restauracji, szybko wskazano mi prysznic.

i tu miłe wspomnienie-po męczącym, upalnym dniu prysznic sam w sobie jest radością, ale prysznic jaki był w owej restauracji przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i pragnienia.
Grająca pod prysznicem muzyczka,Bicze wodne i natryski jak w salonie spa, samoczyszcząca się deska klozetowa, lustro wielkości ściany w moim pokoju... i to wszystko za jednego euraska.

Do namiotu wróciłem jak nowo narodzony! Rzecz jasna nie omieszkałem opowiedzieć Łukaszowi o Kibelku który u nas konkurowałby z powodzeniem z gabinetami odnowy biologicznej.
 

 
Tu zaczyna się jedna z przygód która na długo wbiła się w moją pamięć...

w ciągu minuty od pożegnania się z naszymi Polako-Niemcami byliśmy już przy stacji. Niemalże od razu rzucił się nam w oczy stary, rozklekotany, biały bus na polskich tablicach. Łukasz stwierdził że mamy szczęście do podróży z naszymi rodakami, więc ruszyliśmy wprost w kierunku busa.
Zaczęło naprawdę mocno wiać, Około 30sto letni facet do którego podeszliśmy okazał się Holendrem.
Wraz z Łukaszem uznaliśmy że Holender, pośrodku Niemiec w polskim busie, to w sam raz coś dla nas!
Kierowca bardzo, ale to bardzo się śpieszył. rzucił tylko ze nie kuma polskiego, że jedzie do Rotterdamu i o nic nie pytając niemalże ściągnął mi plecak i wrzucił na pakę. Na pakę w której stało jedynie kilka puszek po farbie (to wbrew pozorom ważna informacja-ale o tym za chwil kilka)

Wskakując do auta gazem ruszyliśmy w dalszą podróż. Holender nie był zbyt rozmowny, był za to bardzo pobudzony, jechał bardzo szybko, 130 nie schodziło nam z licznika, a lewy pas był naszą własnością.
Nagle zadzwonił do niego telefon, on zamienił z kimś dwa słowa i... dał mi telefon do ręki! Okazało się ze dzwonił jego kupel-polak.
Powiedział nam tylko że będzie to nasza najszybsza podróż w życiu! To był fakt. Holender jechał jak wariat.
Zaczęło padać... nie-zaczęło LAĆ! Widoczność klika metrów to maks, a my na szafie nadal ponad 130 km/h. Nerwowo złapałem za pas i... oczywiście nie działał. Łukasz był w ciut bardziej komfortowej sytuacji, jego pas z trudem, ale się zapiął. Holender oczywiście nie zwracał uwagi na tak mało znaczące sprawy jak pasy.

Nie wiem ile jechaliśmy z Latającym Holendrem, przypuszczam że ok. półtorej godziny. Pomyślałem że jak zagadamy Holendra to może choć troszkę zwolni bo zaabsorbuje go rozmowa z nami.
No więc padło pytanie "dokąd się tak śpieszysz?"
Uśmiechnął się tylko i odparł ze od około 20 łapie już policja i celnicy.
My w błogiej nieświadomości odpowiedzieliśmy, że czego on się boi skoro ma na pace może 10 puszek farby.
-to nie farba!-rzucił krótko
-więc co?-spytaliśmy zdziwieni
-Feta!
-CO?!
-no Feta! amfetamina! Stuff!

-Wiecie, mam rodzinę, dzieci. żona masę kasy wydaje! Chałupę kończę stawiać. Na co dzień pracuję jako handlowiec. Z uczciwej roboty to jedyne czego się dorobię to garb! a Tak, chwila strachu i pyk-jest kasa. Często tak nie jeżdżę, może raz na kwartał to maks, bo wiecie strach trochę. No ale nawet jak złapią. Parę lat posiedzę a kasa będzie czekać... Tylko ta moja baba pewnie by wszystko przebalowała... ehh...

Holendrowi wreszcie rozwiązał się język.
Na jego opowieść i całą otoczkę my za to nie mieliśmy słów.


W tym momencie wszystko stało się jasne i zrozumiałe, Holender nadal gnał jak dziki szczerząc się do nas i krzycząc po holendersku, angielsku i niemiecku na wszystkie samochody które spowalniały naszą jazdę.


Dziś to pisząc śmieję się, ale wtedy myślałem ze ducha wyzionę! Gdy w tak ekstremalnych warunkach, nasz Holender wraz ze swym sympatycznym ładunkiem, osiągnął wprost niewiarygodną do dziś dla mnie prędkość 150 km/h i zaczął migać długimi jadącemu przed nami Audi TT, powiedziałem do Łukasza znacząco "WYSIADAMY"!


Było już ciemno. Zostawił nas na jakiejś dużej stacji. przybił piąteczkę i zanim zdążyłem wyciągnąć aparat ruszył z piskiem opon w stronę granicy Niemiecko-Holenderskiej...

my w lekkim szoku staliśmy jeszcze chwilę patrząc na odjeżdżającego Latającego Holendra...
  • awatar Gość: nie powiem, kryminał by można napisać :)
  • awatar Gość: przygoda bardzo na miejscu przynajmniej nie tylko my mamy do dupy z zarobkami a jak widac kobiety wszędzie są takie same pisz pisz pisz pisz czekam na kolejne przygody
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Chłopaki okazali się stuprocentowymi Polakami, którzy po prostu mieszkają i pracują za naszą zachodnią granicą. Dokładniej w Bielefeld. Jako że fura szybka,a autostrada szeroka i tematy też ciekawe były, znów dość szybko zleciała nam droga. Jeden z naszych nowo poznanych znajomych miał ksywę Ogon, a drugi... eh ta skleroza!
Łącznie pokonaliśmy z nimi drogę spod Berlina, aż w okolice Hanoweru. Zbierało się na burzę, zaczęło wiać i dość szybko się ściemniać.
Gdy wysiedliśmy, obowiązkowa pamiątkowa fotka i w strachu że nas zaraz zmoczy pognaliśmy z przystacyjnego parkingu, wprost pod dystrybutory by złapać kolejnego stopa...
  • awatar Gość: fajnie naprawde bardzo interesujące koniecznie opisuj kolejne przygody bardzo pozytywna przygoda
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Sylwek jechał w swoja ostatnią trasę. Jeździł całe życie i już mu to zbrzydło. Pobudował dom z ogrodem... nie chciał opuszczać tego na co pracował całe życie. Co chwilę powtarzał "to ostatni raz", Jego ostania trasa, była za razem Naszą pierwszą.

Nie wierząc w nasze szczęście bardzo szybko dojechaliśmy do granicy, nie pamiętam dokładnie ale było coś około 17 gdy staliśmy już na jednej ze stacji pod Berlinem, łapiąc kolejnego stopa.
Sylwek pojechał gdzieś do centrum Berlina bo tam miał rozładunek.

Było potwornie gorąco, w powietrzu wisiała wręcz zapowiedź burzy, postanowiliśmy odpocząć parę minut w cieniu stacji. Jeszcze nie łapaliśmy konkretnie następnej podwózki, ale już obczajalismy co podjeżdża na stację.

Gdy podjechała czarna wypasiona E klasa na niemieckich blachach i wysiadło z niej dwóch gości, Łukasz rzucił do mnie: "patrz, z wyglądu stuprocentowe szwaby" jakie było nasze zdziwienie gdy po chwili usłyszeliśmy z ust jednego z nich: "Dokąd jedziecie chłopaki? może Was podrzucić?" możecie sobie tylko wyobrazić...



( tak nawiasem mówiąc na owej stacji spotkaliśmy jedynego z niewielu podróżników-autostopowiczów, był to Litwin którego imienia nie pamiętam, przejechał całą Polskę i... jechał jak my-gdzie oczy poniosą)
 

 
Skąd w ogóle pomysł by wybrać się autostopem w świat? Wybaczcie, ale... nie wiem skąd! Zrodził się we mnie i rósł bardzo szybko, tak naprawdę słowo rósł nie jest adekwatne-"gotował się" o wiele lepiej pasuje, ponieważ bardzo szybko temperatura chęci przeżycia tej przygody wyglądała jak wrzenie wody!
Na jednym z portali podróżniczych poznałem Łukasza, mojego towarzysza podróży. W celu zapoznania się i dogadania szczegółów wybrałem się do niego na weekend i balując snuliśmy marzenia o przygodzie...

Przygotowania nie trwały długo, bo lekko ponad miesiąc. On pozamykał sprawy związane ze studiami, ja z pracą i tak oto o świcie, dnia 3 Lipca spotkaliśmy się na Dworcu Wschodnim w Warszawie.

I właściwie to tutaj powinien być początek całej opowieści. Od tego momentu wszystko toczyło się bardzo szybko i zaskakująco, jak w filmie, jak w śnie z którego nie chciałbym się obudzić.

Pogoda idealna, ja, Łukasz, nasze plecaki i Grzesiek, mój przyjaciel, którego zadaniem było wywieźć nas poza Warszawę, abyśmy na wylotówce złapali pierwszego stopa w stronę autostrady rozpoczynającej się w Strykowie.

( tu może dwa słowa o kierunku naszej wyprawy: Cel był prosty-gdzie oczy poniosą, lecz z pragnieniem dostania się na półwysep Iberyjski. Nie śpiesząc się, nie planując że "tu i tu MUSIMY być", bez ciśnienia, bez pośpiechu, chłonąc wszystko co nas spotykało i delektując się tym)

Byliśmy otwarci na wszystko co miało nas spotkać, nie mieliśmy ścisłej trasy, planu na każdą minutę, czy też ram czasowych. Czuliśmy się wolni! I chyba najszczęśliwsi ze wszystkich ludzi żyjących w pasie zieleni między Bugiem, a Odrą i Nysą Łużycką, zwanym Polską!

Ruszyliśmy autkiem w stronę wylotówki (droga krajowa nr 2, zwana też Trasą Europejską E 30)
Grzesiek miał nas zostawić gdzieś na wysokości Ożarowa Mazowieckiego, ale oczywiście... coś nam się pokręciło i znaleźliśmy się na jakiejś podrzędnej powiatówce, której teraz nawet na mapie zlokalizować nie mogę. Grzesiek się gdzieś tam śpieszył, więc wyczłapaliśmy się z zamiarem łapania pierwszego stopu. Chłopaki jeszcze nie wyciągneli z bagażnika naszych plecaków, a ja już zacząłem machać kciukiem. I tu zdarzyło się pierwsze wydarzenie, które nie mogę opisać inaczej niż słowami:
"tak miało być, a wszystko co doprowadziło nas do tego miejsca było integralną i niezbędną częścią całej układanki jaką był nasz EuroTrip"

Zatrzymał się Czerwony TIR-DAF, a za fajerą siedział Sylwek, Sylwek z którym dojechaliśmy aż pod Berlin...






W momencie gdy byliśmy na jeszcze na Wschodnim i na Peron wjeżdżał pociąg Łukasza, złapałem głęboki oddech, najdłuższy oddech jaki udało mi się złapać w życiu! Powietrze wypuściłem dopiero gdy wróciłem do domu i stojąc przed drzwiami dotknąłem klamki mojego mieszkania.
  • awatar Gość: Aktualnie czyta się bardzo ciekawie:) Czekam na dalsze opisy:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W Zeszłe wakacje udało mi się spełnić jedno z marzeń- objechałem kawał Europy Autostopem.

Ten Blog powstał w celu spisania wydarzenia, które w mojej pamięci ma status przygody życia.

Wszystko co napiszę będzie oczywiście subiektywnym opisem tego co przeżyłem, nie będzie tu przydługich i nudnych opisów zabytków, przyrody, czy też zjawisk atmosferycznych...


__________________________________________________

każdy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów bez podawania przyczyny.